O świadomych błędach, niechcianych wypadkach,
Zaludnionych miastach i o pustych ławkach.
(Ania Wyszkoni – O tylu rzeczach)
Byłam
zbyt roztrzęsiona, aby zrobić cokolwiek. Dwójka starszych, jeszcze
trzeźwych uczniów pomogła mi zabrać Galindę do skrzydła
szpitalnego. Przy okazji uratowało to ich szanowne tyłki.
Rodzeństwo Carrow zjawiło się chwilę później. Z tego co się
dowiedziałam, Hagrid zdążył uciec. Prawdopodobnie już nie wróci.
Bo do czego? Wszystkich uczniów pewnie spotkała okropna kara,
której nie byłam sobie w stanie wyobrazić. Mogłam mieć tylko
nadzieję, że byli na tyle wstawieni, aby nie pamiętać całego
incydentu i bólu.
Pomfrey
zajęła się Galindą a nas odesłała prosto do dormitoriów.
Czekała mnie kolejna nieprzespana noc. Czekałam na Demelzę i
myślałam o wszystkim co dziś się wydarzyło. Tego było zbyt
wiele. Rano Snape, który najpewniej dowie się o moim romansie z
jego dalekim krewnym, później tragiczny wystrój chaty Hagrida i
narastające poczucie winy na widok fotografii Harry’ego, opowieść
na temat rodziny Nessi i Galinda. Co tak właściwie chciała mi
powiedzieć? Dlaczego straciła przytomność i nie dałam rady jej
ocucić? Próbowałam się uspokoić, tłumacząc sobie, że
najpewniej nie jadła rano śniadania.
Usłyszałam
skrzyp otwieranych drzwi. Do pokoju weszła Demelza. Spojrzała na
mnie swoimi dużymi, brązowymi oczami. Były czerwone i napuchnięte
od łez. Pociągnęła głośno nosem, po czym zachwiała się
niebezpiecznie. Podbiegłam do niej i pomogłam jej usiąść na
łóżku.
-
Demelzo, co się stało? – zapytałam, choć mój głos mocno
drżał.
-
Alecto Carrow – jęknęła. – Wpadła ze swoim braciszkiem i
przewróciła wszystko do góry nogami.
-
Boli cię coś?
-
Nie, to znaczy… nie ważne. Nie chcę ci się zwierzać i
marudzić.
-
Co? – zdziwiłam się. – Przecież sama cię zapytałam.
-
Powtórzysz Edwardowi, że…
-
Jesteś pjana – jęknęłam rozgoryczona. – Lepiej idź spać.
Myślałam, że już zmądrzałaś i zrozumiałaś, że…
- Że
sprowadziłaś tam tych dwoje?! Ginny, zdejmij już tę maskę jesteś
jedną z nich, jesteś śmierciożercą! Wszyscy o tym mówią,
nikogo już nie oszukasz.
Zabolało.
Tak strasznie zabolało. Nigdy nie czułam tego co teraz. Z jednej
strony tak nieznane uczucie, jednak z drugiej… Najgorsze i
najboleśniejsze ze wszystkich, które kotłowały się w mojej
głowie. Musiałam powstrzymać łzy. Nie mogłam dopuścić, aby
zobaczyła je Demelza.
-
Lepiej się połóż, porozmawiamy o tym jutro – oświadczyłam
wstając.
-
Porozmawiamy? – zapytała, a w jej glosie można było wyczuć
mnóstwo jadu i niechęci. – Chyba nie myślisz, ze chcę z tobą
rozmawiać, suko.
Nie
panowałam nad własna ręką. Zamachnęłam się bezmyślnie i
wymierzyłam jej siarczysty policzek. Demelza jęknęła razem z
głośnym plasknięciem. Spojrzała na mnie chłodnym wzrokiem.
-
Dopięłaś swego? – syknęłam. – Tylko na to czekałaś, aż
się zdenerwuję i zachowam jak… jak mnie nazwałaś? Suka?
-
Dziewczyny, o co wam chodzi? – rozległ się zza kotary głos
Romildy. Najwyraźniej nie było jej na imprezie Hagrida.
-
Nic – odkrzyknęła Demelza. – Ginny nie potrafi spojrzeć
prawdzie w oczy i…
Trzask…
Moja dłoń uderzyła o jej drugi policzek. Jednak tym razem Gryfonka
nie pozostała mi dłużna. Wyjęła z kieszeni różdżkę i
wymierzyła nią we mnie. Nie bałam się. Zupełna pustka w głowie
spowodowała napływ adrenaliny.
Nie
zdążyłam jednak wyjąć swojej. Demelza machnęła pałeczką, a
moje ciało odepchnęła potężna siła. Wpadłam w szafkę nocną,
zwalając przy tym stertę książek.
Romilda
jednym ruchem odsłoniła kotarę i spojrzała na nas krytycznie.
- Co
wy robicie? – wrzasnęła. – Macie natychmiast przestać,
bo pójdę po…
-
ZAMKNIJ SIĘ!!! – wrzasnęłam, wstając z podłogi.
Poczułam
pulsujący ból prawego ramienia. Najprawdopodobniej przy uderzeniu
wybiłam sobie bark. Jednak nie mogłam dać Robins powodów do
satysfakcji. O nie, miarka się przebrała. Teraz nic nas nie
rozdzieli. Wszystko przestało mieć sens. Wspólne loty na miotle,
mecze i słowa otuchy po każdym, niepowodzeniu. A obietnica…
obietnica stała się czarną plamą w życiorysie.
-
Załatwmy to raz a dobrze – syknęłam w jej stronę, wyciągając
różdżkę.
-
Oczywiście, tylko nie zaczynaj ze swoim dziecinnym upiorogackiem.
Wystrzeliłam
w jej stronę snop parzących, czerwonych iskier. Obroniła się bez
problemu. Tak dawno nie pojedynkowałam się na serio. Lekcje w GD
nie można nazwać walką, no chyba że na przetrwanie, szczególnie
w momencie, jak wszyscy traktują cię jak złą wtyczkę.
-
Tylko tyle potrafisz?
W
moją stronę pomknęło gorsze zaklęcie. Uchyliłam się, jednak
łóżko za moimi plecami stanęło w płomieniach. Nie bałam się
języków ognia, które po mały lizały drewniane kolumny.
-
Przestańcie! – wrzasnęła Romilda. Dostrzegłam w jej oczach
strach. – Zaraz sobie zrobicie krzywdę! Mówię wam, wpadniemy.
- To
się wynoś! – odpowiedziała je Demelza.
Nie
czysto wykorzystała moment nieuwagi dziewczyny trafiłam ją
zaklęciem rozbrajającym. Różdżka wypadła jej z ręki.
-
Co?! – krzyknęła zdziwiona. – Chyba żartujesz, uważasz że
wygrasz w taki sposób?
-
Uważam, ze skończymy to…
Nie
dokończyłam. Poczułam jak ogień za moimi plecami delikatnie
oplata się wokół mojej łydki. Odskoczyłam jęcząc z bólu.
Reszta
działa się szybko, stanowczo za szybko. Drzwi do dormitorium
otworzyły się z trzaskiem. Wbiegła McGonagall, a za nią tłum
ciekawskich Gryfonek. Najpierw spojrzała na nas krytycznym wzrokiem,
jednak kiedy zauważyła pożar, szybko go ugasiła. Języki ognia
zaczęły zanikać, a razem z nimi trajektoria barw i odcieni
czerwieni. Z łóżka prawie nic nie zostało. Tylko kupka popiołów,
połamane resztki drewna i fragmenty zasłon i pościeli.
-
Jestem wstrząśnięta waszym karygodnym zachowaniem! – wrzasnęła,
zerkając po kolei na każdą z nas.
W
sumie nic nie czuła, adrenalina najwyraźniej nadal się wydzielała
z moich nadnerczy. Może to i lepiej. Romilda popadła w istną
panikę. Klepała bez sensu o tym, że nie ma nic wspólnego z naszym
pojedynkiem. Demelza natomiast była zbyt piana, aby co kol wiek
skumać zaistniałej sytuacji. Pewnie najchętniej rzuciłaby się na
mnie po raz drugi.
Masowałam
obolały bark niezwracająca uwagi na opiekunkę domu. Najchętniej
poszłabym teraz do Eddiego. Pomógłby mi opatrzyć rany, a potem
opowiedział juk było u Snape’a.
-
Panno Weasley, czy pani mnie w ogóle słucha? – rzuciła w moją
stronę już dość mocno rozdrażniona McGonagall.
-
Wątpię – wyprzedziła mnie z odpowiedzią Demelza. – Ona nikogo
nie słucha. No chyba, że Sama – Pani - Wie – Kogo.
-
Panno Robins! – Tego najwyraźniej było za dużo dla starej
nauczycielki. Na jej twarzy malowało się wyraźne zmęczenie i
rezygnacja.
Uśmiechnęłam
się sarkastycznie do Demelzy. Wpadła jak śliwka w kompot.
-
Kara nie ominie całej trójki – dodała, widząc moją minę. –
Pojedynki są zakazane. Chyba macie na tyle dużo lat, aby zdawać
sobie z tego sprawę. Przez najbliższy tydzień widzimy się w moim
gabinecie o osiemnastej. Pamiętajcie, że nie toleruję nawet
najmniejszego spóźnienia. Do tego Gryffindor traci trzydzieści
punktów za każdą, czyli łącznie sześćdziesiąt. Mam nadzieję,
ze to was czegoś nauczy.
Opadłam
bezwładnie na twardą ławkę. Zakryłam twarz dłońmi. Nie
żałowałam moich poczynań z poprzedniego wieczora. Nie pozwolę
innym sobą pomiatać do tego stopnia. O nie, nigdy w życiu. Nie
mają prawa mnie osadzać. A tym bardziej spekulować czegoś
podobnego.
Zauważyłam,
że do Wielkiej Sali wchodzi Nessi. Minę miała niewyraźną. Smutek
i załamanie malowało się na jej twarzy. Pomachałam do niej i
wskazałam miejsce obok siebie.
Przez
moment kąciki jej ust podniosły się delikatnie.
-
Cześć – jęknęła, siadając obok mnie.
-
Cześć – odpowiedziałam cicho. – Chcesz bułkę?
-
Nie, nic nie przełknę.
Kiwnęłam
głową ze zrozumieniem, po czym spojrzałam na własny pusty talerz.
Sama też miałam gule w gardle. Spojrzałam Nessi prosto w oczy.
Zrobiło mi się jej szkoda. Najpierw dowiedziała się o prawdziwej
naturze ojca, potem śmierć matki, problemy ze spodkiem, a teraz
jeszcze choroba najlepszej przyjaciółki.
-
Wiesz może coś o Galindzie? – zapytałam, a po jej policzkach
popłynęły strumienie łez. – Stało się coś poważnego?
Spanikowałam.
Nigdy nie widziałam jej w takim stanie. Nie płakała w miejscach
publicznych. Przed cala szkołą grała twardą, niezależną i pewna
siebie.
-
Nessi – szepnęłam, obejmując ją delikatnie ramieniem. –
Powiedz proszę, co się stało? Jest chora?
-
Chora? – Głos jej się załamał. – Ginny, ona umiera.
Nie
potrafiłam opisać tego uczucia. Czułam się, jakby ktoś oderwał
cząstkę mnie. Tak, jakbym właśnie coś straciła, coś bardzo
cennego – bezcennego.
-
Umiera… - powtórzyłam słabo.
Moja
dłoń zsunęła się z ramienia Nessi. Nie było już nic. Jedna, z
każdą chwilą powiększająca się pustka.
Trzęsły
mi się dłonie. Nie potrafiłam zapanować nad emocjami, które z
każdą chwilą ogarniały większą część mojego ciała. Eddie
czule owinął mnie kocem i podał kubek z parującą herbatą.
-
Nie jest mi zimno – szepnęłam.
-
Ale cała się trzęsiesz.
-
Boje się…
Kątem
oka dostrzegłam jak mężczyzna siada obok mnie. Poczułam jak
obejmuje mnie ramieniem. Fala ciepła ogarnęła całe moje ciało.
Oparłam ociężałą głowę o jego tors. Było tak cicho, że byłam
w stanie usłyszeć i wyczuć równomierne bicie serca. Uśmiechnęłam
się delikatnie.
-
Wiesz, może jest jakiś sposób, aby jej pomóc – zaczął powoli.
– Nie chcę robić ci nadziei, czy coś, ale jest pewna roślina,
która potrafi pomóc na wiele dolegliwości. Jest to…
-
Gemme mig – dokończyłam za niego.
-
Co? Skąd o niej wiesz? Raczej na zielarstwie o tym nie uczą.
-
Nie… Kilka miesięcy temu razem z Luną i Neville’em mieliśmy
szlaban w Zakazanym Lesie. Snape kazał nam znaleźć właśnie tą
roślinę.
- Po
co?
-
Skąd mam wiedzieć! Przecież nie zapytałabym go o coś takiego.
-
Zresztą to nie ważne. Nie powiesz mi, że ją znaleźliście?
-
Owszem, Luna… ją znalazła.
Przez
chwilę obudziły się we mnie zapasowe pokłady nadziei. Jednak
teraz wszystko zniknęło. Neville i ja woleliśmy wygłupiać się w
starym gnieździe pająków, niż szukać tej głupiej rośliny. Przy
okazji spotkało nas tysiące rzeczy, które nie mogły nas ominąć
w czasie tej eskapady. Przypomniał mi się ten tajemniczy atak i
zaklęcie śmierci, które prawie musnęło moje ramię.
-
Spokojnie – próbował przemyśleć wszystko Eddie. – Przecież
nie była sama.
-
Nie, była z Hagridem, który uciekł i ukrywa się nie wiadomo
gdzie.
-
Więc musimy wymyślić coś innego.
Zamyśliłam
się na chwilę. Wiedziałam, co muszę zrobić. Wystarczyło tylko
dać Eddie’emu trochę podumać po to, aby za chwilę oświadczyć,
że…
-
Pójdę do Lasu.
-
CO!!!??? – Jego reakcja była spodziewana. – Chyba żartujesz.
Wiesz co może czekać na ciebie w Lesie?!
-
Możesz iść ze mną. Posłuchaj, jeśli to jest jedyne rozwiązanie…
-
Nie wiem, czy jest jedyne! Nie jestem uzdrowicielem, zresztą ty też
nie powiedziałaś mi nic konkretnego!
-
Możesz przestać na mnie krzyczeć?
-
Przepraszam, po prostu nie mogę iść z tobą. Jeśli ktoś się
dowie, to…
-
Rozumiem i szanuję twój decyzję. Poradzę sobie.
-
Chyba nie chcesz iść sama?
Wbiłam
wzrok w podłogę. Nie chciałam. Bałam się zakazanego Lasu po tym,
co mi się wcześniej przytrafiło.
-
Może Neville się zgodzi, albo Nessi – zaproponowałam przekonując
sama siebie.
-
Postaram się, abyście cało wyszli z zamku i nikt nie zauważył
waszej nieobecności. Stoi?
-
Tak, dziękuję.
Jego
wargi musnęły delikatnie moje usta.
***
Zaczęłam.
Co? Nie ważne, ale zaczęłam i dobrze mi idzie. Jak osiągnę cel
to napiszę. Tymczasem trzymajcie kciuki, jednak nie za Elfabę,
tylko Adriannę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz